środa, 5 września 2012

Praktyka - część 4: Pożegnanie


   Miesiąc spędzony z bankowcami minął jak z bicza strzelił. Dzisiaj minął ostatni dzień moich praktyk studenckich. Koniec z kserowaniem, skanowaniem, faksowaniem, bindowaniem, segregowaniem dokumentów i nękaniem zewnętrznych zespołów mailami "z prośbą o wdrożenie."
  Dyrektor z wyraźnym niesmakiem wypełnił kolejny z rzędu papier wymagany przez mój wydział. Narwany biurokrata, będący autorem dokumentu zażyczył sobie, aby opiekun praktyki napisał krótką opinię o swoim podopiecznym. Musiało to być dla niego kłopotliwe, gdyż nigdy nie obserwował mnie przy pracy. Jak wyszło - powiem, kiedy odcyfruję jego charakter pisma.
  Zostałem ciepło pożegnany przez koleżanki i kolegów z biura. Gadaliśmy chwilę, rzucając banałami. Dotarło do mnie wtedy, że praktyki rzeczywiście poszerzyły mi trochę horyzonty. Poobserwowałem wdrażanie procedur, podsłuchiwałem fachowców oraz podpytywałem  o interesujące mnie sprawy. No i na pewno dostanę robotę w dowolnym punkcie ksero.
  Po pożegnaniu odwiedziłem panie z działu kadr. Drżącą ręką zwróciłem im moją kartę dostępu, która przez cztery tygodnie stała się jednym z moich największych skarbów. W zamian otrzymałem certyfikat potwierdzający potencjalnym przyszłym pracodawcom, że odbyłem w tym miejscu i czasie praktyki. Ale to nie jest taki zwykły certyfikat.
  Spisano go po ANGIELSKU.
  Gdzieś głęboko cichy głosik podpowiada mi, że to nie była uczciwa transakcja.
  Zjeżdżając windą poczułem radość z powodu końca tej rutyny. Chwilami bywało całkiem sympatycznie, jednak jakiekolwiek zlecenia od pracowników trafiały się bardzo rzadko. No i w końcu mogłem chodzić w normalnym ubraniu. Opuściłem budynek czołgając się pod bramkami (w końcu oddałem swoją kartę) i ruszyłem w stronę domu pozbyć się garnituru. Pomijając kilka terminów, przed którymi muszę się doedukować mam jeszcze całkiem sporo czasu na zregenerowanie sił przed rokiem akademickim. Już jakiś czas temu wyzbyłem się syndromu "Łeee! Koniec wakacji!". Powrót na wydział zupełnie mi nie przeszkadza. Może to zwykła nuda? Nie wiem. W każdym razie perspektywy na najbliższy czas wyglądają nie najgorzej. Czego również i Wam życzę.
                                                                                                      Szarozielony.

6 komentarzy:

  1. po angielsku, bogacz! :D dla mnie zawsze koniec jakiejś rutyny oznacza szczęście. poszerzyłeś horyzonty, ale raczej nie będziesz tęsknił - i tak powinno być.

    OdpowiedzUsuń
  2. Praktyki to ciekawa rzecz. Wyobrażasz sobie siebie w takim miejscu za kilka lat, na stałe?

    OdpowiedzUsuń
  3. ooo tak, mi się przyda baaardzo! Już widzę te przemęczone nogi, które wracają z zajęć w mojej najukochańszej szkole teatralnej... Po prostu istny dramat, ale cudowny dramat :)
    rose

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja czytam Twego bloga, w dodatku z ziemi Brytów. Jak się rozczytam to może nawet linka do mojego blogaska podam, będziemy czytywać symultanicznie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń