poniedziałek, 17 września 2012

Nieczuły na cudzą niedolę

  Zdarzyło się to kilka miesięcy temu. Potem sytuacja się powtarzała. Prawdopodobnie ma regularnie miejsce aż do dzisiaj.
  Stałem w tramwaju cierpliwie czekając aż poprzebija się przez wszelkie przeszkody spowodowane nieustającymi robotami drogowymi w centrum miasta i zawiezie mnie pod budynek, w którym uczęszczałem na lektorat. Byłem w kiepskim nastroju - jestem wrażliwy na zmiany ciśnienia, toteż często dopadają mnie silne bóle głowy, przez które odechciewa się czasem żyć. Tego dnia sprawy w tej materii miały się wręcz dramatycznie.
  Po przejechaniu kilku przystanków tramwaj zatrzymał się po kolejną porcję pasażerów. Zerknąłem w stronę drzwi akurat, żeby spostrzec postać ładującą się do wagonu.
  Nie, tylko nie to.
  Przybyszem okazał się grubawy, na oko pięćdziesięcioletni Cygan. Z ogromnym akordeonem. Z uśmiechem szerokim jak jasna cholera począł napełniać tramwaj swoją muzyką. Kiedy ta doprowadzająca do granicy szaleństwa tortura się skończyła zorientowałem się, że grajek podstawia mi pod nos pusty pojemniczek najwyraźniej licząc na zapłatę za swój występ. Po nieudanym wyciągnięciu ode mnie kasy zaczął się przechadzać wzdłuż całego wagonu. Zerknąłem w jego stronę: Cyganowi udało się zebrać dwa złote z groszami.
  Odpaliłem kalkulator w swojej głowie. Jest rzadko używany i potrafi się zawiesić przy działaniach w zakresie większym niż dziesięć (finansista, tak, jasne...) ale do tych obliczeń się jeszcze nadawał.
  Dwa złote za pięć minut męczenia akordeonu. Nie, przyjmijmy wariant pesymistyczny - złotówka za pięć minut. To daje nam dwanaście złotych za godzinę (co najmniej, pamiętajcie - wariant pesymistyczny). Ja w mojej poprzedniej pracy zarabiałem jedenaście złotych z groszami za godzinę przeprowadzania ze staruszkami telefonicznych ankiet na tematy polityczne. Po odjęciu składek i podatku (coś nie sądzę, żeby ten Cygan je odprowadzał) zostawało mi jakieś osiem złotych na rękę. I szanowny pan grajek oczekiwał, że z tej kasy jeszcze mu coś odpalę za wmuszony mi koncert. Ma facet tupet.
  Tą samą linią porusza się również jego rodaczka. Owa Cyganka wraz dzieckiem (lub dwoma, jak koleżanka pożyczy) szwenda się po środkach komunikacji i zawodząc błaga o kasę. Za pierwszym razem pasażera może zdjąć litość i rzuci im jakieś drobne. Jednak kobieta pojawia się w tramwaju tej linii codziennie  odstawiając tę samą szopkę. Zerknąłem na jej dłonie: wypielęgnowane jak u księżniczki. Cholera, Cyganko - gdyby nie Twoje nastawienie do ogólnie pojętej pracy mogłabyś zostać uznaną aktorką.
   W grudniu jadąc na lektorat znowu ją spotkałem. Żebrała w towarzystwie dwójki dzieci. Miały na twarzach maski Świętego Mikołaja. Nie żartuję.
  Niektórzy nazwą mnie rasistą. Proszę bardzo, mnie to nie rusza. Nie daje Cyganom ani grosza. Nie dość, że "zarabiają" lepiej ode mnie to jeszcze mają czelność stosować na mnie szantaż emocjonalny wlokąc wszędzie swoje dzieciaki. Doradzam znajomym to samo - proceder będzie trwać dopóty, dopóki będzie udawało im się w ten sposób wyłudzać kasę. Nie wierzycie - zerknijcie na paznokcie pierwszej z brzegu cygańskiej żebraczki. Trzymajcie się!
                                                                                                        Szarozielony

4 komentarze:

  1. Byłam ostatnio w Warszawie, możliwe nawet, że spotkałam tę samą "ekipę" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak będziesz miała okazję to pozdrów ich ode mnie.

      Usuń
  2. to nie ma nic wspolnego z rasizmem... ja tez nie cierpie tych grajkow i zebrakow. naciagacze... podobno taki zebrak siedzacy pod murkiem zbiera nawet ponad 1000 zl miesiecznie, co daje nam pensje. rzucam pogarde. :p w Paryzu jest smieszniej, bo wbrew pozorom jest tam duzo wiecej bezdomnych i meneli niz u nas, ale maja lepsze sposoby (po co mi akordeon, skoro moge ZASPIEWAC swoim zulowskim glosem i zagrac na flecie!), a ludzie sa bardziej hojni. moze pora rozwazyc taka kariere :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozważyłbym, ale trochę szkoda mi tych kilku lat studiów.

      Usuń