poniedziałek, 11 czerwca 2012

"Czas, w którym żywi zazdroszczą umarłym"?

  Minęło trochę czasu odkąd po raz ostatni zaktualizowałem mojego bloga. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie moją obecną sytuację- znalazłem się w specyficznym okresie czasu, gdzie dokonuje się chłodnej kalkulacji i bardzo starannego planowania każdego dnia pomiędzy zaznaczonymi na wściekły kolor punktami w kalendarzu. Konsekwencje tych wyborów wpłyną na najbliższe miesiące mojego żywota.
  Tak, moi drodzy- zaczęła się sesja.
  Czas, w którym studenci zawieszają swoje normalne funkcjonowanie. Czas, w którym trzeba uzupełnić braki w pomocach naukowych- znaleźć jakąś pilną osobę z ładnym pismem i odświeżyć kontakty w najbliższym punkcie ksero. Niektórzy wręcz zaczynają werbować sylabusy w celu zdobycia informacji jakie w ogóle wykłady serwowano na wydziale w czasie semestru. Żeby było śmiesznie bardzo często otrzymują najlepsze wyniki w porównaniu do ilości czasu poświęconego na naukę.
  Młodzież, która do podjęcia decyzji o swoim policealnym losie ma jeszcze sporo czasu została nauczona jednej, podstawowej uniwersalnej i potwierdzanej przez wszystkich prawdy. "Sesja= Piekło".
  To nieprawda.
  Owszem, jest  sporo do zrobienia. Owszem, jak zawalimy egzaminy to będziemy mieli problem. Owszem, nie będziemy mieli czasu ani sumienia na zabawę. Jednak w mojej opinii o wiele łatwiej znieść sesję egzaminacyjną ma studiach, niż rozmaite "gorące okresy" w szkole. Tak, moi drodzy Czytelnicy- dzisiaj obalimy mit sesji, "czasie, w którym żywi zazdroszczą umarłym".
  1) Czas
  Zazwyczaj całe zamieszanie zamyka się w okresie miesiąca. W tym czasie zakończone zostały wszystkie zajęcia, więc nawet jeżeli studiując jednocześnie pracujemy dostajemy nie najgorszą ilość czasu do rozdysponowania. Dzień, w którym musieliśmy od rana do wieczora przesiadywać na wykładach nagle staje się dniem wolnym. Z moich skromnych doświadczeń wynika, że z każdą godziną spędzoną na nauce nasza sytuacja się poprawia. Jak zwykle najtrudniej jest się zmusić do porzucenia przyjemności i zapuszczenia korzeni przy biurku. Cóż, bez silnej woli nie wygramy.
  2) Ilość wyzwań
   Przy założeniu że wykład z jednego przedmiotu trwa około półtorej godziny tygodniowo, w semestrze daje nam to mniej więcej piętnaście pełnych godzin z których wykładowca będzie nas rozliczał. Dla porównania, droga młodzieży: załóżmy, że macie w planie trzy 45-cio minutowe lekcje matematyki. Daje nam to 2,25 godziny zegarowej w tygodniu i 18 w ciągu dwóch miesięcy. Tak, macie rację- nie mogę porównywać matematyki w liceum do wykładów z Bankowości, chciałem tylko zwrócić uwagę na czas poświęcony na zajęcia z których materiał nas obowiązuje.
  3) Liczba egzaminów
  Tutaj leży największa trudność, z jaką przyjdzie nam się zmierzyć podczas sesji- proporcja wolnego czasu do liczby egzaminów. A ta potrafi być wręcz absurdalna.
   W tym semestrze poszczęściło mi się: pierwszy (najcięższy)  będę zaliczał pojutrze. Po dwóch tygodniach, w trakcie których podejdę tylko do trzech będę wolny. Jak na razie moją osobistą rekordzistką jest koleżanka z lektoratu studiująca sinologię. Biedactwo będzie musiało podczas swojej drugiej w życiu sesji zmagać się z dziesięcioma egzaminami. Aniu, trzymam za Ciebie kciuki!
  4) Motywacja
   Zaliczając multum próbnych i oficjalnych egzaminów wiedzieliśmy tylko tyle że pokonujemy kolejne etapy edukacji. U mało kogo było widać wielkie zaangażowanie emocjonalne. Na studiach nie dość że sami wybraliśmy gałąź wiedzy, którą będziemy męczyć (choć i tutaj pojawiają się przedmioty, o których myślimy "Po co mi to cholerstwo? Przecież do niczego w życiu nie będzie mi to potrzebne!". Cóż, niektóre rzeczy się nie zmieniają :) to jeszcze uczymy się z nieustającą świadomością że ma to wpływ na naszą sytuację życiową. Dobre oceny na pewno nie zawadzą podczas ubiegania się o pracę, a i stypendium też fajnie by było dostać, nie?
  Reasumując: sesja nie jest taka demoniczna jak już zaliczy się kilka starć. Fakt, trzeba odstawić rozrywki i wziąć się ostrzej do roboty, ale mam świadomość że z wiekiem takich momentów będzie co raz więcej. Ci, którzy martwią się że nie dadzą rady na studiach: nie bójcie się. Głupi nie jesteście, pracować też umiecie- będzie dobrze! Poza tym studia to okres wielu cennych doświadczeń. Najgorzej mają ci, którzy konsekwentnie olewają studia przez cały semestr. Cóż mogę rzec? Dobór naturalny!
  Mam nadzieję że tekst czytają również koleżanki i koledzy studenci. Było by miło gdybyście podzielili się swoim punktem widzenia w komentarzach- wszak na każdym wydziale sytuacja wygląda inaczej. Życzę wam powodzenia w zaliczeniach.
                                                                                                                         Szarozielony
  
 

4 komentarze:

  1. Ja jeszcze o sesji nie mam pojecia, znam ja tylko z narzekan znajomych studentow :) Ale mimo wszystko mam nadzieje, ze niedlugo tez przyjdzie mi sie z nia zmierzyc.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja studiuję informatykę i też jestem zdania, że straszna sesja dotyczy raczej ludzi, którzy olewali sobie semestr. Mogłeś napisać, że zdarzają się jeszcze zerówki/zwolnienia (tak przynajmniej jest u mnie), które znacznie ułatwiają działanie. Ogólnie, to "nie taki diabeł straszny, jak go malują." ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz rację, nie napisałem o odchyleniach od normy jakimi są zerówki i zwolnienia. U mnie na wydziale jest to dosyć częsta praktyka, ale zależy wyłącznie od dogadania się z prowadzącymi. Niemniej jednak zwolnienie z egzaminu za dobrą ocenę z ćwiczeń bardzo ułatwia życie.

    OdpowiedzUsuń